Jak przechowywać szczepionki?
Na której półce lodówki umieścić?
Czy coś im grozi, jeśli wieziecie je z apteki do przychodni przez pół godziny w nagrzanym samochodzie?
W jaki sposób w naszej przychodni dbamy o bezpieczeństwo szczepionek?
Wszystko wyjaśnię… ale najpierw opowiem Wam dwie historie.
Wyobraźcie sobie zimę, śnieg, mróz i wiatr
️
Jest 2 lutego 1925 roku. Przy temperaturze –25 °C, w całkowitej ciemności, do odciętego od świata miasteczka Nome dociera kilkuletni pies Balto. Syberyjski husky, który z psimi towarzyszami był ostatnim ogniwem niemal sześciodniowej sztafety psich zaprzęgów w poprzek mroźnej Alaski. Przedmiotem przekazywanym między maszerami, prowadzącymi zaprzęgi, był cylindryczny pojemnik, w którym schowano próbówki z surowicą.
Przeciwbłonicza surowica, przewożona przez psie zaprzęgi, była jedynym ratunkiem dla populacji całego miasta i jego okolic. Podanie chorym tego preparatu dawało dużą szansę na zwalczenie choroby, która już zdążyła zabić w Nome kilkoro dzieci.
Surowica jest produktem białkowym, który zachowuje pewną trwałość w niskich temperaturach, ale alaskańskie mrozy mimo wszystko były dla niej groźne. Obawiano się pęknięcia fiolek albo po prostu utraty aktywności leku, który miał przecież ratować życie.
Przymocowany do sań pojemnik, otulony kilkoma warstwami koców i futer, w ciągu niemal 6 dni przejechał ponad 1000 km, narażony po drodze na mróz sięgający –51 °C. ️ W czasie krótkich postojów ogrzewano go w zamkniętych pomieszczeniach, a czasami bezpośrednio przy ognisku.
W czasie, gdy na przedostatnim, najdłuższym i najtrudniejszym etapie sztafety, oślepiony śniegiem maszer Seppala, prowadzony przez swojego psa Togo, przeprawiał się przez zamarzniętą zatokę Nortona, w Nome leżała ciężko chora, 11-miesięczna dziewczynka o imieniu Jirdes.
Kilka dni wcześniej lekarz zdecydował się podać jej ostatnią dawkę starej, przeterminowanej surowicy przeciwbłoniczej, leżącej w magazynach od kilku lat. Nie dlatego, że lubił ryzykować. Tylko dlatego, żeby ratować jej życie.
Podanie surowicy trzeba najczęściej powtarzać, dlatego gdy o świcie do miasta wjechał ostatni zaprzęg z zapasem leku, w miasteczku zapanowała euforia. Jirdes i inni chorzy otrzymali kolejne dawki surowicy, przewożone wcześniej przez śnieg, mróz i ogrzewane w polowych warunkach.
Surowica na szczęście okazała się skuteczna, co doprowadziło do szybkiego wygaszenia epidemii i uratowania życia setkom osób, zagrożonych zarażeniem.
Teraz przeniesiemy się daleko od mrozu i śniegu
Około 70 lat po wydarzeniach na Alasce, w zupełnie odmiennych warunkach, w afrykańskich krajach prowadzono akcję powszechnych szczepień przeciw polio.
Tę chorobę, najczęściej pod nazwą Heine-Medina, pamięta jeszcze część naszych pacjentów. Niektórzy po jej przechorowaniu mają trwałe niedowłady i niepełnosprawność ruchową.
W latach 80. XX wieku na świecie każdego roku odnotowywano ponad 300 tysięcy porażeń wywołanych polio, z czego większość w Afryce. Dlatego w latach 90. przeprowadzono olbrzymią i trudną akcję powszechnych szczepień w wielu afrykańskich krajach.
Te lodówki woziło się jeepami, rowerami, czasami na własnych plecach, a czasami na grzbiecie wielbłądów. Nie pół godziny, nie godzinę, tylko nawet do kilku dni, w upale, na słońcu, bez szansy na schłodzenie.
Wszystko po to, żeby zaszczepić dziesiątki milionów dzieci doustną szczepionką, zawierającą żywego wirusa. Skuteczność szczepionek, mimo skrajnie trudnych warunków transportowych, okazała się tak duża, że już po kilku latach liczba zachorowań na polio spadła do kilku tysięcy przypadków na rok, a w 2020 roku uznano Afrykę za kontynent wolny od tej choroby.
To wszystko bez prądu, w niesamowicie upalnym rejonie świata.
Dlaczego Wam to opowiadam?
Czy te historie pokazują, że można nie przykładać wagi do “łańcucha chłodniczego”? Albo podać szczepionkę przeterminowaną o 2 dni?
Absolutnie nie.
Całe szczęście, że mamy obecnie środki techniczne, organizacyjne i procedury pozwalające na przechowywanie i podawanie szczepionek zgodnie z zaleceniami medycznymi i wytycznymi producenta.
Dzięki temu możemy dopilnować tego, żeby szczepienia odbywały się w bardzo bezpiecznych warunkach. I nie chodzi tylko o to, żeby minimalizować zagrożenie. Chodzi też o to, żeby rodzice mogli przyjść do przychodni ufając, że podawany ich dziecku preparat był prawidłowo transportowany i prawidłowo przechowywany.
Dlatego w naszej przychodni już od lat mamy lodówkę z wymuszonym obiegiem powietrza (na każdej półce jest ta sama temperatura), z precyzyjną regulacją do 0,1 °C.
Ma wbudowany termometr, który na bieżąco wyświetla temperaturę. Dodatkowo w środku jest rejestrator, który ją zapisuje. W każdej chwili możemy sprawdzić, ile było stopni wczoraj, tydzień czy miesiąc temu.
Jest jeszcze trzeci termometr. Wyśle SMS do trzech osób na raz, w sytuacji, gdyby doszło do przekroczenia zadanej temperatury.
Krzysztof Targowski